Alappuzha, domowy kurs kuchni keralskiej z backwaters w tle

Alappuzha, nazywana też Alappey, znana jest przede wszystkim z przepięknych rozlewisk tzw. „backwaters”. A i owszem, są piękne i warto jest je zobaczyć. My jednak zapamiętamy Alappuzhę nieco inaczej. Na dziesięć dni stała się naszym nowym domem. I to dosłownie, bo nie wynajęliśmy pokoiku w guesthousie, tylko zamieszkaliśmy w domu z kuchnią, ogródkiem i co najważniejsze z indyjską rodzinką.

my i keralska rodzinka

Taki był nasz cel. Przede wszystkim chcieliśmy mieć dostęp do kuchni, by móc na własne kubki smakowe poznać prawdziwie keralskie dania. Udało się. Po dziesięciu dniach mamy wrażenie, że rzeczywiście nauczyliśmy się gotować po  keralsku. I wiecie co? Ta kuchnia jest przepyszna i zupełnie inna, od tego co wcześniej znaliśmy. Przyrządziliśmy kilka lokalnych potraw Pavakka Kichadi, Chena Pacha Kaya Erissery, Thoran, tapioka po keralsku oraz dyniowo-kokosowe curry. Spróbujcie przyrządzić w domu dania według naszych przepisów. Gwarantujemy ciekawe doznania smakowe.

erissery

Jednak nie samą kuchnią żyliśmy przez te 10 dni. Czasami udało nam się z niej wyjść, chociaż przyznam szczerze, że największą przyjemnością było dla nas wyszukiwanie ciekawych przepisów, polowanie na bazarku na składniki oraz samo gotowanie. No i oczywiście jedzenie ! Codziennie zaskakiwało nas nowe warzywo, które smakowało zupełnie inaczej niż się spodziewaliśmy. Odkryliśmy kilka warzyw, o których istnieniu w ogóle nie mieliśmy pojęcia.

Masala dosa

Ok, ok. Wyjdźmy na chwilę z kuchni.

Przygodowa podróż do Alappuzy

Zanim opowiem Wam o Alappuzie, wróćmy do tego jak do niej dotarliśmy. Podróż była całkiem przygodowa. Typowa dla backpackersów w Indiach.

(Backpacker – z angielskiego, ten który nosi plecak. Termin oznacza turystę, który podróżuje tanio i bez większego planu. Zostaje tam gdzie mu dobrze, smacznie i tanio. Wszystkie swoje rzeczy nosi w plecaku na plecach. Korzysta tylko z lokalnego transportu, targuje się o każdą rupię i nie korzysta z klimatyzacji. Myślę, że jest to dobry temat na oddzielny wpis. Pomyślę o tym wkrótce)

Do Alappuzhy przyjechaliśmy autobusem nocnym z północnej Kerali. Podróżowaliśmy z Pedro i Kiką, których poznaliśmy miesiąc wcześniej na wolontariacie na Goa. Nasza podróż trwała blisko dobę i była, delikatnie mówiąc pokręcona. A to dlatego, że poprzedniego dnia o 10 rano ruszyliśmy autobusem z Mysoru.

Masalka

Ok. godz. 18 dotarliśmy do Kannuru, miasta na północnym wybrzeżu Kerali, które było ówczesnym celem naszej podróży. Wyczytaliśmy w przewodniku o pięknych plażach i przytulnych homestayach. „Homestay” zrozumieliśmy jako tani nocleg u lokalnych rodzin. Na miejscu, po 9 godzinach spędzonych w autobusie okazało się, że „Homestay” oznacza luksusowy pobyt z posiłkami przygotowywanymi dla gości, jak w hotelu. Ceny takiego pobytu zaczynały się od 3 tysięcy rupii od osoby za dobę, a nasz budżet wynosi ok. 300 rupii za nocleg… Hmmmm… Byliśmy gotowani przenocować na pobliskiej plaży jednak w okolicy nie było nawet małego sklepiku gdzie moglibyśmy kupić wodę. Zapakowaliśmy się więc we czwórkę + kierowca + 4 wielkie plecaki w rikszę i wracaliśmy na dworzec autobusowy. Po drodze nasza riksza jadąc pod górkę, prawie przewróciła się pod naszym ciężarem. Ale to nic, jedziemy dalej. Wsiadamy w lokalny autobus i jedziemy na dworzec. W międzyczasie, zawiedzeni mocno Kannurem wymyśliliśmy nowy plan. Jedziemy dalej, do Alappuzy. Była godzina 20. Smartfony w dłoń i szukamy. Jest autobus do Alappuzy o godzinie 22. Semi sleeper, 400 rupii od osoby, 8 godzin w podróży. Jedziemy. Pojechaliśmy. Autobus miał super wygodne siedzenia i …. Wi-Fi !!!!

Do Alappuzy dojechaliśmy bladym świtem, o 5 nad ranem. Jest to beznadziejna pora na szukanie noclegu, także na spokojnie posiedzieliśmy sobie na dworcu autobusowym. I tak byliśmy super brudni po podróży, więc nic nam już nie przeszkadzało.

Około 6:30 rano Mateusz dostał cynk od pewnego rikszarza o domu do wynajęcia w dobrej cenie. Zapakowaliśmy się we czwórkę do rikszy i pojechaliśmy sprawdzić owy dom. Okazał się przepiękny i rzeczywiście w przystępnej cenie.

dom w alappuzie

Postanowiliśmy zrobić jednak głębszy rekonesans i jak na backpackersów przystało poszukać czegoś tańszego. Pierwszą noc spędziliśmy w innym miejscu. Następnego dnia my (ja i Mateusz) postanowiliśmy wrócić do naszego wymarzonego domku. Co zaważyło? Rewelacyjna kuchnia. Chcieliśmy gotować. A do tego gospodarze wydali nam się fajnymi ludźmi. Po 5 tygodniach podróżowania, mieliśmy dom na dłużej. Ok, pora zwiedzić miasto.

Uśmiechnięte miasto i męskie spódniczki

Alappuzha

W pierwszej chwili Alappuzha wydała nam się nieco chaotyczna. Mateusz szybko złapał orientację, mnie zajęło to chwilę dłużej. Alappuzha nazywana jest Wenecją Wschodu, a to ze względu na kilka kanałów przecinających miasto. Ja się w nich troszkę początkowo gubiłam, ale nie szkodzi. Miasto od razu obojgu nam przypadło do gustu. Dlaczego? Przede wszystkim urzekli nas ludzie, którzy szczerze się do nas uśmiechają. Po spędzonych tu kilku dniach zastanawia mnie, czy kokos, który dodaje się tu do wszystkich dań, nie zawiera może przypadkiem jakiś składników rozweselających 😉 Sprawdzę to!

Poza uśmiechami od razu zwraca się uwagę na lokalną modę. Mężczyźni w Kerali noszą charakterystyczne ciuszki. Kawałek materiału przewiązany wokół bioder. Nosi się wersję do kolan oraz dłuższą do kostek.

Keralska moda

Na ulicach widać bardzo dużo uczniów. Szkoły są na każdym kroku. Podstawowe, średnie, wyższe. Okazało się, że Alappuzha jest wykształconym miastem, jak i cała Kerala. W Kerali jest najniższy procent analfabetyzmu z całych Indii. Ok.  85 % keralczyków umie czytać i pisać. W Indiach średnia wynosi 65 %. Brawo Kerala.

Alappuzha, jak na indyjskie miasta jest bardzo czysta. Ulice są bardziej uporządkowane, ruchem kieruje policja i robi to całkiem sprawnie. Jest mało żebraków. No i te domy ! W mieście i w okolicy ogromne wrażenie robią piękne, duże domy. Skąd Ci keralczycy mają na to pieniądze, zastanawialiśmy się. Po kilku dniach wszystko stało się jasne. Tutejsi keralczycy bogacą się na backwaters. Czyli na turystach. Głównie na turystach indyjskich, którzy lubią luksus i lubią za niego płacić.

Pływające domy, niezły biznes

houseboat backwaters

Alappuzha znana jest z wycieczek na tzw. backwaters, czyli na okoliczne rozlewiska. Jest to sieć jezior, kanałów i kanalików łączących jeziora. Najatrakcyjniejszym sposobem zwiedzania backwaters są tzw. „houseboaty”, czyli wielkie łodzie z domami na pokładzie. Housebouty to pływające mieszkania wyposażone w kuchnię , łazienkę. Łodzie mają różny standard.

houseboat backwaters

Niektóre są bardziej, inne mniej ekskluzywne. Wszystkie są drogie. Przyjeżdżając do Alappuzy planowaliśmy wycieczkę takim houseboatem. Okazało się, że ceny takiej przyjemności zaczynają się od 3000 rupii od osoby (ok. 200 zł) za 1 dzień. To dla nas za drogo. Musieliśmy poszukać tańszej alternatywy. No i oczywiście znaleźliśmy. Dużo mniejsza łódź z motorkiem kosztuje ok. 400-500 rupii za godzinę. My znaleźliśmy dwójkę kompanów i we czwórkę wynajęliśmy taką łódź. Potargowaliśmy się jeszcze chwilkę i za 6-godzinną wycieczkę po backwaters zapłaciliśmy ok. 30 zł za osobę. A zobaczyliśmy dokładnie to samo, co zobaczycie na houseboacie. Ale oczywiście, frajdą jest noc spędzona na takiej super łodzi. Może następnym razem.

Backwaters są przepiękne i tu nie ma dwóch zdań. Trzeba je zobaczyć. Nie omińcie ich jeśli zawitacie do Kerali. Więcej zdjęć z backwaters możecie zobaczyć w galerii.

Skośne dachy i słoń na ulicy

Następną ciekawostką jest keralska architektura. Domy mają charakterystycznie zakrzywione dachy. Na początku myśleliśmy, że to jakieś chińskie naleciałości, ale z czasem dowiedzieliśmy się, że jest to typowo keralska architektura.

alappuzha

mullackal temple alappuzha

Na zdjeciu powyżej Mullackal Temple, najważniejsza świątynia w mieście poświęcona Durdze. Mieliśmy to szczęście, że na nasz pobyt w mieście przypadał akurat doroczny festiwal. Największą atrakcją jest słoń, który na czas festiwalu przechadza się ulicami miasta błogosławiąc mieszkańców. Słoń nazywa się Bala Krishna i jest naprawdę wielki.

festiwal a alappuzie

Oprócz świątyń hinduistycznych w mieście znajduje się kilka kościołów i meczetów. W Alappuzie, jak i w całej Kerali jest dużo katolików. Tak jak i nasi gospodarze.

alappuzha

Ciekawski gospodarz

O właśnie. O nich też chciałabym wspomnieć kilka zdań. Właścicielem naszego domu jest Jose. Ma 34 lata, żonę, dwie córeczki, trzy domy, jeden houseboat, dwa samochody, skuter i motor. Powtórzę, ma 34 lata. Całkiem nieźle. Jose bardzo dużo wypytuje nas o nasz kraj, o to jak się żyje w Polsce, ile się zarabia, jak wcześnie ludzie pobierają się, co jedzą i co piją. Z naszych rozmów wynika, że życie w Kerali jest naprawdę dobre. Oczywiście nie wszystkich. Dobre jest tych, którzy mają houseboat i mają to szczęście że turyści korzystają z ich usług. Jose ma to szczęście. Mając 34 lata ma całkiem niezły majątek. A przy tym wszystkim, jest skromnym, dumnym ojcem swoich córek.

Jose z córką

Nie pali, nie pije. No czasem może mu się zdarzy szklaneczka tzw. toddi (lokalny rodzaj wódki z kokosa). Chodzi wcześnie spać i wstaje wczesnym rankiem. Jest ciekawy świata. Widać, że cieszy się z naszego towarzystwa. Aha, ma bardzo bliski kontakt ze swoim bratem, do którego dzwoni kilka razy dziennie. Ot, tak po prostu, powiedzieć bratu że jego goście z Europy ugotowali dzisiaj keralskie danie. Jose pomaga nam w kuchni. Otworzy kokosa, powie jak zrobić chutney z chilli, ostrzeże że surowy banan zabarwia skórę na czarno i trudno go sprać z ubrań.

jose i agata w kuchni

Zachwyca się naszym przenośnym głośnikiem i bardzo spodobała mu się piosenka reggae, której słuchaliśmy. Jest taki… taki po prostu. Nie udaje przed nami nikogo, nie chce nas oszukać, czy zarobić na nas więcej niż zwykle. Już kilka razy pytał nas dlaczego postanowiliśmy zostać w Alappuzie na dłużej. Dziwi go to. A my odpowiadamy, że chcieliśmy pogotować i poczuć się na chwilę jak w domu. No i udało się. Czujemy się jak w domu. Ale pora ruszać dalej. Następnym przystankiem będzie Kochi znane z chińskich sieci rybackich oraz z keralskiego tańca Kathakali, który mamy nadzieję zobaczyć.

Aha, prawie zapomnieliśmy o jeszcze jednej keralskiej ciekawostce, którą odkryliśmy w Alappuzie – Indian Coffee House, czyli lokalna kawiarnia z wyśmienitą kawą za 10 rupii. Prawdziwą kawą! A na dodatek kelnerzy wyglądają nieprzeciętnie.

indian coffee house

Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterPin on Pinterest0