Maraton po tamilskich świątyniach z masala dosą pod pachą

Wiecie gdzie leży Tamilnadu ? Na samym południowym końcu Indii, czyli tam gdzie mało który turysta dociera. Przyjezdni najchętniej wybierają się oczywiście na Goa oraz do pobliskiej Kerali. Na północy popularną ścieżką turystyczną jest tzw. Złoty Trójkąt, czyli Delhi – Agra – Jaipur. Baza turystyczna w tych miejscach jest dużo lepiej rozwinięta, lokalsi są już przyzwyczajeni do widoku białych twarzy, no i jedzenie jest przystępniejsze dla zachodniego żołądka. W Tamilnadu wszystko jest odwrotnie. Gapią się na nas jak na duchy…

Tamilnadu

… pokoje są dość słabe…

Tamilnadu

… a jedzenie najczęściej znajdziesz tylko w lokalnych knajpkach, które nie zawsze świecą czystością. Tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Czy warto więc zapuszczać się do Tamilnadu ?

Zmiana planów zaprowadziła nas do Tamilnadu

Nie planowaliśmy przejażdżki po Tamilnadu. Ale jak to często bywa, plany się zmieniają i akurat tak się przytrafiło, że zostaliśmy w Tamilnadu dwa tygodnie, czyli tyle ile średnio trwa coroczny urlop przeciętnego Kowalskiego. Część tego czasu spędziliśmy w Kanyakumari, Pondicherry i w Kodaikanal, o których możecie poczytać w postach „Pondicherry, czy to nadal Indie czy już nie?”„Dlaczego warto jechać na zachód słońca na kraniec Indii” oraz „Szukając nie wiadomo czego w Kodaikanal”. Pozostałe 10 dni przeznaczyliśmy na eksplorację tamilskich miast świątynnych. I tak zwiedziliśmy Tandziawur, Kumbakonam, Cidambaram oraz Maduraj. Pokręcone są te nazwy miast, prawa ? Jak i całe Tamilnadu.

Kim są Tamilowie?

Mieszkańcy Tamilnadu, to Tamilowie. Mówią po tamilsku i mają czarną skórę i obowiązkowy wąs.

Tamilnadu

Tamilski należy do grupy języków drawidyjskich. Oprócz tamilskiego drawidyjskimi językami są też malajalam (język Kerali), kannada (język Karnataki) oraz telugu (Andhra Pradeś). Kultura drawidyjska to ogólnie mówiąc kultura Indii południowych. Na północy mamy kulturę indoaryjską, która na szczęście nie dała rady opanować południa. Dzięki temu północ i południe Indii bardzo się od siebie różnią ku uciesze podróżujących turystów. I tak języki, zwyczaje, sztuka i architektura północy i południa są zupełnie inne. I to na pierwszy rzut oka widać przede wszystkim w wyglądzie ludzi oraz w architekturze.

Wyprawa po zakamarkach tamilskich świątyń

Tamilska architektura sakralna oraz rzeźba są jednymi z największych skarbów Indii. I jest to pierwszy poważny powód, by Tamilnadu odwiedzić. Charakterystyczne są przede wszystkim gopury, czyli bogato zdobione rzeźbami wieże nad wejściem do świątyń, przedstawiające wyobrażenia bogów i demonów. Gopury nowszych świątyń, tych z XVI/ XVII wieku malowane są na kolorowo.

Tamilnadu

Drugą bardzo charakterystyczną cechą świątyń jest mandapa, czyli rodzaj holu wypełnionego kolumnami.

Tamilnadu

Główne bóstwo, któremu poświęcona jest dana świątynia, znajduje się w kaplicy, tzw. sanctum ukrytym w centralnej części budowli. Do tej części obcokrajowcy często nie mają dostępu.

Większość świątyń poświęcona jest bogowi Siwie oraz jego aspektowi Nataraja, czyli Siwie jako kosmicznego tancerza. Popularny na południu jest również Murugan, czyli syn Siwy nazywany również Kartikeya lub Skanda. Hinduizm wydaje się mówiąc wprost mocno pokręcony. Ilość bogów jest zadziwiająca. Jeden bóg ma wiele imion, wcieleń, żon, które z kolei mają swoje wcielenia i dzieci, które też znane są pod różnymi postaciami. I tak w kółko. Dlatego zwiedzając tamilskie świątynie hinduistyczne czasami najlepiej jest po prostu oglądać i oddać się świątynnej atmosferze.

Tandziawur – przepiękna świątynia Brihadiswara

Świątynia Brihadishwara została zbudowana w latach 1003-1010 za czasów panowania potężnego władcy Ćolów Rajaraja I. Zewnętrzne fortyfikacje zostały dobudowane później. Świątynia poświęcona jest Siwie. Na wejściu znajduje się piękna ogromna gopura udekorowana rzeźbami.

Tamilnadu

W środku znajduje się jedna z największych w Indiach rzeźb Nandina, czyli byka, który jest wierzchowcem Siwy. 6-metrowy Nandin skierowany jest w stronę głównej świątyni, w której znajduje się Siwa lingam.

Tamilnadu

W świątyni zauważyliśmy wielu wiernych ubranych na kolor czerwony. Powiedzieli nam , że jest to kolor świątynny symbolizujący siakti, żeńską energię.

Tamilnadu

Zobaczcie jaka piękna jest Świątynia Brihadishwara.

Wstęp do niej jest bezpłatny. Możesz zostać poproszony o donację po uzyskaniu błogosławieństwa w postaci tilaka na czole.

Tamilnadu

Fantazyjne sufity pałacu w Tandziawurze

W Tandziawurze oprócz świątyni, w której warto jest posiedzieć kilka godzin obserwując wiernych, odwiedziliśmy również Pałac Królewski, w którym spodobały nam się przede wszystkim piękne ścienne malowidła. Pałac został wybudowany za czasów panowania dynastii Najaków w 1535 roku.

Tamilnadu

Na samym wejściu, za pałacową bramą znajduje się ciekawa galeria malowideł na murach.

Po wyjściu z pałacu wybraliśmy się na spacer uliczkami w spokojniejszej części miasta. Ludzie byli bardzo życzliwy, uśmiechali się do nas i odpowiadali na nasze ciekawskie pytania. Naszą ulubioną częścią miasta były okolice dworca autobusowego gdzie się stołowaliśmy. Zajadaliśmy się pyszną masala dosą podawaną na liściu bananowca. Taka przyjemność kosztuje 40 rupii, czyli 2,5 złotego. I to się nazywa lokalna kuchnia. Południowoindyjskie jedzenie, tzw. tiffin (masala dosa, utappam, idli, vada i wszelkie ich wariacje) są drugim powodem by wybrać się do Tamilnadu.

Tamilnadu

Zapraszamy na spacer po Tandziawurze.

Niespodziewane spotkanie z najmniejszą hinduską pod świątynią w Kumbakonam

Niedaleko Tandziawuru znajduje się miasto Kumbakonam warte odwiedzenia ze względu na wspaniałe świątynie. Do Kumbakonam z Tandziawuru dojechać można lokalnym autobusem za grosze. Podróż trwa około godziny. Zwiedzanie zaczęliśmy jednak od mieścinki Darasuram znanej ze świątyni Airavateswara dedykowanej również Siwie. Wybudowana  w XII wieku.

Tamilnadu

Następnie przejechaliśmy do Kumbakonam, gdzie swoimi kolorami urzekła nas świątynia Kumbeswarar zbudowana w XVII/XVII wieku. Znowu Świątynia Siwy. W środku znajduje się lingam, który był ponoć zrobiony przez samego Siwę, gdy ten wymieszał nektar nieśmiertelności z piaskiem.

W Kumbakonam spotkaliśmy też najmniejszą jak dotąd hinduskę. Była niezwykle rozgadana. Paradowała z nami po mieście krzycząc , że jesteśmy przyjaciółmi. Na pożegnanie poprosiła oczywiście o pieniądze. Dla swojej matki. Daliśmy jej grosz. Fajnie było ją spotkać.

Tamilnadu

Tańcząc z Siwą w Ćidambaram w rytmie bębnów i w oparach kadzideł

To nie był koniec naszego świątynnego maratonu. Z Tandziawuru pojechaliśmy do Ćidambaram. Miasto znane jest z przeogromnej świątyni Siwy Nataraja, czyli Siwy tańczącego. I tu pora na pewną legendę. Pewnego dnia Siwa oraz Kali rywalizowali w tańcu. Sędziował im Wisznu. Siwa upuścił kolczyk i podniósł go zgrabnie swoją stopą. Kali nie potrafiła tego powtórzyć. Siwa zwyciężył i uzyskał tytuł „Nataraja” – władcy tańca.

Tamilnadu

Świątynia zrobiła na nas ogromne wrażenie, przede wszystkim ze względu na to, że mieliśmy okazję obserwować pudżę, którą bramini odprawiali akurat dla Ganesi. Pudża oznacza ofiarę czy też modlitwę. Bramini polewali ogromną rzeźbę Ganesi wszelkimi dobrami jak klarowane płynne masło, mleko z sandałem i słodyczami. Smakołyków nie skąpili. Rytuałowi towarzyszyła muzyka oraz zapach kadzideł i palonego drewna. Wszystko to działo się w oparach dymu z ogniska. Było głośno, parno i bardzo intensywnie. Ludzie wokół modlili się. W takich warunkach łatwo można wpaść w trans. I my chyba też wpadliśmy. Pudży nie można fotografować, więc musicie uwierzyć nam na słowo, że klimat był niczego sobie. I to bym uznała jako trzeci powód wycieczki do Tamilnadu – mistyczne doświadczenie w świątyniach hinduistycznych.

W świątyni było bardzo dużo braminów.  Przy samym wejściu w bramie, rzeźba przedstawiała ich wizerunek. I rzeczywiście dokładnie tak wyglądali.

Tamilnadu

Sufity świątyni zdobiły imponujące malowidła.

Tamilnadu

Wiele z nich  przedstawiało różne pozycje tańczącego Siwy.

Na podłodze znajdowały się też piękne mandale, w które ja się nieśmiało wkomponowałam.

Tamilnadu

Przepowiednia o zagubionej piersi w Maduraju

Maduraj zostawiliśmy sobie na koniec świątynnego maratonu. Maduraj to nazwa miasta, w którym znajduje się najbardziej znana świątynia południowych Indii – Świątynia Minakszi. Minaksi to inna postać bogini Parvati. Jak głosi legenda Minakszi urodziła się z trzecią piersią, która miała zniknąć gdy ta spotka swego męża. I tak też się stało gdy Minakszi spotkała Siwę. Taka to romantyczna historia.  Świątynia jest okazałym przykładem architektury południowoindyjskiej. Jest taką wisienką na torcie. Ale nas jakoś zawiodła. Bynajmniej nie architektonicznie. Świątynia rzeczywiście robi ogromne wrażenie. Jest wielka i przepiękna. Jednak po prostu została skomercjalizowana. Obcokrajowcy muszą płacić za wstęp (w pozostałych świątyniach wstęp był darmowy). Indusi do świątyni Minakszi wchodzą za darmo, ale muszą płacić i to nie mało za darshan (czyli błogosławieństwo).

Tamilnadu

Jeden darshan kosztował 10, inny 50, a „special darshan” (tak właśnie był nazwany) nawet 100 rupii. Kolejka do darshanów była ogromna. I jeszcze jedno, zdjęć w środku nie można robić aparatem. Ale telefonem po opłacie 50 rupii już można. Także w środku hindusi nic tylko pstrykali selfie swoimi smartfonami. Do świątyni nie można wnosić takich rzeczy osobistych jak np. laptop, a my akurat mieliśmy je przy sobie i nie chcieliśmy ich zostawiać w przyświątynnych półotwartych „szatniach”. Tak więc, musieliśmy wchodzić pojedynczo pilnując rzeczy.

Zdjęć więc ze środka świątyni nie mamy. Bo i nasze telefony są słabe. Zrobiliśmy kilka zdjęć z zewnątrz. Świątynia Minakszi jest piękna i ogromna. Co do tego nie ma wątpliwości. Może po prostu nie była dla nas. Ani ja nie mam trzeciej piersi, ani Mateusz nie jest Siwą.

Tamilnadu

Mężczyźni wchodząc do świątyni muszą mieć zakryte nogi. Mateusz miał na sobie akurat krótkie spodenki. Musiał więc wypożyczyć tradycyjne dhoti. Zobaczcie jak mu w nim do twarzy. I to zdecydowanie jest kolejny powód by przyjechać do Tamilnadu i ubrać się w tradycyjne dhoti 😉

Tamilnadu

I to był koniec naszego świątynnego maratonu w Tamilnadu.

I co z tym Tamilnadu, jechać, czy nie jechać ?

Jeśli jesteś na tyle ciekawski by dotrzeć do końca tego tekstu, to znaczy że Tamilnadu jest dla Ciebie. A jeśli historie świątynne znudziły Cię już na początku, to nie ma co zapuszczać się w te rejony. W tym miejscu chciałabym podsumować nasze wrażenia z pobytu w Tamilnadu.

Jest to jak dotąd najbardziej uduchowiona hinduistyczna część Indii, jaką odwiedziliśmy. Świątynie i kapliczki są na każdym kroku i ludzie są bardzo wierzący. Wiara stanowi integralną część zwykłego codziennego życia. Ludzie spotkani w autobusach, czy pociągach pokazują nam na swoich telefonach zdjęcia ze świątyń zamiast zdjęć dzieci czy samochodów.  Kobiety co rano sypią na chodnikach fantazyjne kolamy wierząc , że chronią one domostwa przed demonami i sprowadzają łaskę bogów. To będzie zdecydowaną ciekawostką dla podróżujących podglądaczy lokalnej kultury.

Tamilnadu

Tak jak zaczęłam, baza turystyczna jest tu dużo gorzej rozwinięta, więc trudniej nam było znaleźć schludny pokój w przystępnej cenie. Za brudne pokoje płaciliśmy tyle samo, co za pokój w całym pięknym mieszkaniu w Kerali. Sytuacja ta powtarzała się w całym Tamilnadu, co było po prostu denerwujące. I tu stawiam minus dla Tamilnadu.

Ludzie reagują na nas jak na przybysza z obcej planety. Gapią się niemiłosiernie, co po jakimś czasie jest irytujące. My najczęściej reagujemy uśmiechem i najczęściej dostajemy uśmiech zwrotny co bardzo rozładowuje początkowy szok. Ogólnie jednak duży plus dla ludzi. Gdy już ich oszołomienie naszym wyglądem minie, są życzliwi i pomocni. I bardzo ciekawscy.I bardzo lubią robić sobie zdjęcia.

Tamilnadu

Tamilowie też nie próbowali oszukiwać nas na cenach, tak jak było to normą np. na Goa.

Znajomość języka angielskiego jest tu trochę słabsza niż np. w Kerali i wszystkie napisy na ulicach są po tamilsku. Ja na szczęście czytam tamilski, co nieraz uprościło nam sprawę  na dworcach autobusowych (nazwy destynacji zapisane są po tamilsku).

Spotkacie tu zdecydowanie mniej białych turystów, co dla jednych będzie plusem, a dla innych minusem.

Jedzenie jest najpyszniejsze i najtańsze. To największy dla nas plus Tamilnadu. Masala dosy najedliśmy się jak bąki i na pewno będziemy robić ją po powrocie do domu.

Tamilnadu

Świątynie rzeczywiście są piękne, ale denerwujące jest to, że co chwilę ktoś chce od nas pieniądze. A to za zostawienie butów, a to za błogosławieństwo, a to za wejście, a to za nic, od tak po prostu etc. Mieliśmy nawet taką sytuację, że daliśmy datek za błogosławieństwo, a bramin kazał nam zapłacić więcej,  podczas gdy od lokalnych wiernych nic nie chciał. I to nam się bardzo nie podobało.

I takie są nasze ogólne wrażenia po Tamilnadu. Myślę, że czasem warto zejść z utartej ścieżki i troszkę poeksplorować lokalne zakamarki. Z Tamilnadu czeka nas długa podróż na północ, do Varanasi. Spędzimy w pociągach ponad dwie doby, aby w końcu w spokoju (miejmy nadzieję) usiąść nad brzegiem Gangesu.

Nadri (dziękuję po tamilsku) tym wszystkim, którzy dotarli do końca.

Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterPin on Pinterest0