Namaste Varanasi

Ten wpis będzie trochę inny. Bez zdjęć. Sama opowieść. Chciałabym żebyście spróbowali sami wyobrazić sobie Varanasi, ten zapach i ten ogień…

Już pierwszego dnia po przyjeździe do Varanasi usiedliśmy nad ghatami kremacyjnymi i patrząc na płonące zwłoki usłyszeliśmy: „Nie wierz w to co mówią inni ludzie, wierz tylko w to, co widzisz na własne oczy”. W tym momencie my patrzyliśmy na około 20 płonących stosów kremacyjnych, wokół których stali mężczyźni z rodzin, krążyły psy i krowy. Było ciemno. Płonące stosy wyglądały jak ogniska wokół których gromadzą się zmarznięci ludzie i zwierzęta, by ogrzać się w ten chłodny wieczór nad Gangesem.
Tego nie opisze żadne zdjęcie. Może kiedyś też usiądziecie w tym samym miejscu i też ogrzejecie się od tego ognia. Wtedy poczujecie te ciarki na własnej skórze. Poczujecie ten zapach i to ciepło. To niesamowite uczucie wędrówki życia i śmierci… śmierci, która unosi się w ty miejscu i delikatnie dotyka Cię w ramię, wchodzi we włosy. Ja opowiem o naszym mistycznym wieczorze w Varanasi.

Spotkanie z astrologiem nad brzegiem Gangesu

Zaczęło się bardzo niewinnie. Przechadzając się po ghatach, czyli schodach prowadzących nad Ganges, spotkaliśmy astrologa, który wróży z ręki. Tak mu dobrze patrzyło z oczu, że jak nigdy zachciałam posłuchać co ma mi ciekawego do powiedzenia. Usłyszałam, że czeka mnie długie życie, aż 91 lat, w którym nie będę mieć większych problemów. Najszczęśliwsze lata czekają mnie po siedemdziesiątce. Powiedział, że widzi wokół mnie dużo kolorów, że jestem osobą emocjonalną (jak każda kobieta, skomentowałam) i uduchowioną. Mam jeść zielone warzywa, nie palić marihuany, a pić sok z banana. Bardzo ciekawa uwaga. Uściskaliśmy sobie serdecznie dłonie, dałam mu datek i poszliśmy dalej. Nawet jeśli nie był zawodowym astrologiem, to był dobrym człowiekiem i rozmowę z nim zaliczam do bardzo przyjemnych.

Spacerując po ghatach nad Gangesem

Przeszliśmy przez ghat, na którym codziennie odbywa się rytuał aarti, czyli usypianie Gangesu (o czym opowiem w następnym wpisie) i ruszyliśmy dalej w stronę głównego ghatu kremacyjnego. Dodam, że byliśmy trochę zirytowani ciągłym wciskaniem nam kitu oraz próbami sprzedaży nam czegoś – w Varanasi są to marihuana , wycieczka łodzią lub jedwab. Chcieliśmy przez chwilę posiedzieć sami i w ciszy.
Nie udało się…

Jeszcze po drodze dołączył do nas młody chłopak, który znowu próbował nam coś wcisnąć. Doszliśmy razem z nim nad ghat Manikarnika. Jest to główny ghat kremacyjny. Było już ciemno. Zbliżając się do tego ghatu najpierw czujesz ciepło, potem zapach, a potem dociera do Ciebie, że wokół palą się zwłoki. Nikt nie płacze. Nie ma tu kobiet, sami mężczyźni. Trochę turystów. Nikt nie robi zdjęć. Nie wolno z szacunku dla zmarłych.

Usiedliśmy na schodku patrząc na to wszystko. Po chwili podszedł do nas młody chłopak. Miał dłuższe włosy i kolczyk w brwi. Powiedział, że pracuje na ghacie i oprowadza po nim turystów w zamian za datki na drewno dla biednych. Zaczął bardzo ciekawie. Postanowiliśmy z nim pójść. Nazywa się Maćkuć. I to z nim zaczęła się nasza niezwykła podróż po ghacie kremacyjnym. Podane niżej informacje otrzymaliśmy od naszego przewodnika. 

Palenie zwłok nad Gangesem

Hinduiści palą zwłoki na stosach. Varanasi jest ich świętym miastem, a Ganges świętą rzeką, więc wielu chce być spalonym właśnie tutaj. Do palenia zwłok wykorzystuje się cztery rodzaje drewna: mangowiec, banian, drzewo buddy oraz sandałowiec. Pochłaniają one zapach palonych zwłok. Najdroższy jest oczywiście sandałowiec. Ceny drewna zaczynają się od około 300 rupii za kilogram, czyli 20 zł. Do spalenia ciała dorosłej osoby potrzeba od około 200 kilogramów drewna. Przeliczcie, wychodzi całkiem niezły wydatek. Ubożsi mogą skorzystać z elektrycznej spalarni – koszt 1000 rupii, czyli ok. 60 zł. Ogromna różnica.

Zwłoki zawija się najpierw w biały materiał. Jest to kolor żałobny w hinduizmie. Potem przykrywa się je złotym, białym lub czerwonym jedwabiem. Biały przeznaczona jest dla mężczyzn, złoty dla starszych, a czerwony dla kobiet. Tak nam powiedział Maćkuć. Tak przygotowane zwłoki przynosi się nad Ganges i najpierw obmywa się je w rzece, a potem kładzie na przygotowany wcześniej stos drewna.
Nad ghatami od wieków podtrzymywany jest ogień boga Śiwy. Zajmuje się tym konkretna rodzina, która 24 godziny na dobę pilnuje by ogień nie zgasł. Od tego ognia podpalany jest każdy stos. Członek rodziny odpala ogień za pomocą długich traw i przenosi go pod stos bliskiego.

Spalenie ciała zajmuje kilka godzin. Pozostałe po ciele prochy, wrzuca się do Gangesu. Czasami ze względu na brak wystarczającej ilości drewna, jedynie nadpalone zwłoki wrzuca się do świętej rzeki. W ceremonii kremacyjnej udział biorą jedynie mężczyźni. Kobiety nie przychodzą. Bo płaczą. A płacz przeszkadza duszy w odrodzeniu.

Na znak zerwania więzi ze zmarłym, członek rodziny rzuca za siebie garnuszek napełniony wodą z Gangesu.

Kto wyżej, a kto niżej ?

W Indiach obowiązuje system kastowy. I to widać niestety także tutaj. Osoby z niższych kast spalane są najniżej , nad samym brzegiem Gangesu, wyższe kasty mają swoje miejsce wyżej. Kobiet w ciąży, osób ugryzionych przez kobrę, saddhu (ascetów) oraz dzieci nie pali się. Oni mają czyste dusze, więc nie wymagają oczyszczenia przez spalenie na stosach. Do ich ciał przywiązuje się ciężki kamień i zatapia się w Gangesie.

Po tych wszystkich niesamowitych i niekiedy makabrycznych opowieściach i obserwacjach płonących zwłok na żywo, Maćkuć zabrał nad na tyły ghatu. Najpierw pokazał nam ogień Śiwy, który nigdy nie gaśnie. A potem zabrał nas do rzekomego hospicjum. Powiedział , że w tym miejscu możemy złożyć datek na drewno dla biednych, którzy przybyli do Varanasi by tu umrzeć i tu zostać spalonymi.

Wszędzie było bardzo ciemno. Nagle na schodach pojawiła się starowinka, która jak powiedział Maćkuć, zajmuje się chorymi. Pobłogosławiła nas, złożyliśmy datek 150 rupii. Oboje wyrazili niezadowolenie z małej kwoty. Powiedzieliśmy, że tyle możemy ofiarować i poszliśmy dalej. Maćkuć zaprowadził nas w najbardziej niesamowite miejsce całego Varanasi. Byliśmy na dachu budynku skąd mogliśmy patrzeć z góry na wszystkie palące się stosy. W ciszy. Tę chwile zapamiętamy do końca życia.

Pod nami paliło się około 20 stosów. Jedne ciała przynoszono, obmywano, kładziono na stosach, inne zamieniały się już w proch. Wokół stali mężczyźni, biegały psy, leżały wielkie krowy szukające ciepła. Wszystko odbywało się w niezwykłym spokoju. Bez żadnych kwiatów, zniczy, przemów. Tak po prostu. Koniec.

Mistyczny rytuał w świątyni w sercu Varanasi

Obok nas znajdowała się maleńka świątynia. Trzy na trzy metry. Dedykowana Brahmie, Wisznu i Śiwie, czyli Trimurti (Trójcy Świętej hinduzimu). Na ścianach wisiały zdjęcia sadhu, którzy wcześniej opiekowali się tą świątynią. W środku było tylko trzech braminów. Śpiewali mantry, robili to całym sercem, całą duszą. Panowała niesamowita atmosfera. Nie byliśmy pewni, czy możemy tam wejść. Mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w najświętszym miejscu całego Varanasi, a tym samym całych Indii. Nikt nas nie wypraszał. Zostaliśmy.

W pewnym momencie bramini zaczęli palić chilum, fajkę napełnioną haszem. Zaproponowano i nam. Jakżeby odmówić w takim momencie. Zapaliliśmy. Bramin przepięknie śpiewał i niesamowicie grał na najzwyklejszym odwróconym garnku. Wszyscy wpatrywali się w centralnie ustawione lingami symbolizujące Brahmę, Wisznu i Śiwę.

Ta chwila była mistyczna. Zamknęłam oczy.

Na próg świątyni przychodziły zwierzęta. Najpierw psy, a potem wielka koza. Wyobraźcie sobie tę sytuację. Nie wyganiano ich. Bramini ofiarowywali im prasad, czyli taki nasz opłatek.

Coś niesamowitego…

W środku tego wszystkiego my dwoje. W maleńkiej świątynce nad płonącym ghatem, z trzema braminami, z kozą, w oparach haszu, kadzideł i palących się zwłok. W dźwięku mantr, przepięknego śpiewu.

Ta noc zrobiła na nas ogromne wrażenie. Czuliśmy, że poczuliśmy sedno Varanasi, sedno hinduizmu. W końcu, po tych wszystkich świątyniach gdzie na każdym kroku chciano od nas pieniądze. W końcu weszliśmy do środka i zobaczyliśmy, o co w tym wszystkim chodzi – o równe traktowanie wszystkich istot – ludzi, kóz, psów. Bo może ta koza w poprzednim wcieleniu była naszym zmarłych przyjacielem. I kto wie, jako kto my się odrodzimy w przyszłym wcieleniu.

Namaste Varanasi

Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterPin on Pinterest0