Pondicherry, czy to nadal Indie czy już nie?

Nie planowaliśmy odwiedzać Pondicherry. Przytrafiło się to zupełnie przypadkiem. A takie nieplanowane przypadki, często są najfajniejsze.

Dla mnie Pondicherry jest wyjątkowe, bo jest miastem, od którego zaczęłam swoją indyjską przygodę. To właśnie do Pondicherry przyjechałam dziesięć lat temu na wakacyjny kurs języka tamilskiego. Była to moja pierwsza wyprawa do Indii. Pamiętam, gdy wylądowałam w Indiach czułam się jak w bajce. Pierwsza palma, pierwszy turban, pierwsza krowa. Klik, klik, klik. Wszystko musiałam mieć na zdjęciach. Jestem w Indiach szósty raz. Robię już mniej zdjęć. Bo też i Indie się zmieniają. Spieszą się by upodobnić się do zachodu. Jednak mimo swych chęci nigdy nie stracą swojej „indyjskości”. Jest zbyt mocno kulturowo zakorzeniona. Jest w tym kraju też kilka takich miejsc, w których mocno widać wpływy krajów kolonizatorskich. Fort Kochi, Panjim, czy właśnie Pondicherry. W miejscach tych, poczujecie się jakbyście na chwilę opuścili Indie.

Pondicherry

Do Pondicherry przyjechaliśmy z Cidambaram, świątynnego miasta w Tamilnadu. Przez ponad tydzień podróżowaliśmy bardzo intensywnie. Dużo się wydarzyło i byliśmy po prostu zmęczeni. Pondi (skrócona nazwa Pondicherry) okazało się idealną na ten moment oazą spokoju. Pondicherry jest byłą kolonią francuską. Francja panowała tu do 1954 roku. Teraz Pondi jest terytorium związkowym. Ma własne, inne niż tamilskie tablice rejestracyjne i inny system podatkowy, co w życiu codziennym daje takie profity, jak tańszy alkohol i paliwo.  Woda mineralna też jest tu tańsza niż w innych stanach.

Bonjour Mon Ami, witajcie we francuskim Pondicherry

Co jednak przede wszystkim urzeka przyjezdnych, to dzielnica francuska.

Pondicherry

Ulice są czyściutkie, domy udekorowane kwiatami przypominają francuskie rezydencje, jest cicho, nie ma straganów sprzedających indyjski street food. Nawet krowy jeśli w ogóle zawędrują w te rejony, są jakieś piękniejsze.

Pondicherry

Czasami jedynie riksza przypomina nam, że nadal jesteśmy w Indiach.

Pondicherry

Oaza spokoju na oceanie indyjskiego chaosu

Jak już wspomniałam do Pondi przyjechaliśmy trochę zmęczeni tamilskimi przygodami. Wyobraźcie sobie naszą radość gdy stanęliśmy na czystej, cichej i zacienionej ulicy!! Na dodatek udało nam się znaleźć tani pokój (350 rupii za dobę) w hostelu Surya Swastika z dobrze śmigającym wi-fi.

Wyszliśmy na spacer na deptak. Ludzie spokojnie przechadzali się, niektórzy nawet biegali. Nikt nie krzyczał, nikt nie śmiecił. I wiecie co jeszcze znaleźliśmy? Najprawdziwsze lody z automatu!!! I były przepyszne.

Pondicherry

Kilka kroków dalej trafiliśmy na coś w rodzaju targów sztuki. Było sporo badziewia, ale między tym wszystkim znaleźliśmy kilka ciekawych rzeczy. Urzekły nas lampy i obrazy malowane na koziej skórze. Dowiedzieliśmy się, że jest to tradycyjna sztuka z Andhra Pradeś. Tak nam się spodobała, że pierwszy raz kupiliśmy coś na pamiątkę.

Pondicherry

Byliśmy oszołomieni Pondicherry. Na dodatek przypomnieliśmy sobie o tanim i łatwo dostępnym alkoholu. Postanowiliśmy zaszaleć i kupić sobie piwo. W Kerali alkohol dostać można jedynie w obskurnych, zakratowanych sklepach śmierdzących wiadomo jak. Na dodatek alkohol jest naprawdę drogi. A tutaj ? Nic prostszego. Normalny sklep i cena przystępna. Kupiliśmy jedno piwo Kingfisher. Na dodatek zimne. W Kerali możesz zapomnieć o takich luksusach jak piwo z lodówki. Pondicherry stało się naszym rajem.

Idziemy dalej. Zapadł zmrok. Ulice rozświetliły liczne neony. Miasto zamieniło się w indyjskie Las Vegas. Tutaj można dostać dosłownie wszystko. Z oszołomienia kupiłam sobie nawet spodenki za 260 rupii 😉

Pondicherry

Gdyby tego wszystkiego było mało, na koniec trafiliśmy jeszcze na święto pod świątynią. Dowiedzieliśmy się, że świątynia akurat jest odnawiana i z tej okazji obchodzony jest kilkudniowy festiwal.

Pondicherry

Byliśmy oszołomieni mnogością przyjemności, które wydarzyły się tego dnia. Pondicherry przywitało nas wielką dawką serotoniny.

Sztuka ulicy, czerwone sari i czarna mocna kawa

Francuska dzielnica jest częścią turystyczną. To tutaj znajdują się najprzyjemniejsze hostele, najdroższe restauracje, pizzerie , lodziarnie i galerie.

Pondicherry

Lokalni mieszkańcy relaksują się też w czyściutkim i zadbanym Parku Bharati.

Pondicherry

W parku tym spotkaliśmy grupę kobiet w czerwonym sari. Zamieniłam z nimi parę słów po tamilsku, co niezwykle je ucieszyło. Zapytane, dlaczego noszą akurat czerwone sari, odpowiedziały że jest to związane z siłą siakti, czyli energią żeńską.

Pondicherry

We francuskiej części zauważyliśmy też sporo sztuki ulicznej, tzw. street artu, który przypomniał nam mocno Fort Kochi, który też był regionem post-kolonizatorskim bogatym w street art. O Kochi przeczytać możecie we wpisie Sztuka w Kochi. Od Kathakali do street artu.

Pondicherry

I gdyby tego wszystkiego było mało znaleźliśmy jeszcze jedną ciekawostkę w Pondicherry. Bary z kawą. I to kawą bardzo mocną i bardzo czarną. A Pan za barem był prawdziwym magikiem i przelewając kawę z jednego naczynia do drugiego wyczyniał prawdziwie cyrkowe akrobacje.

Pondicherry

Kolamy malowane dla odstraszania złych demonów

I co jeszcze urzekło nas w Pondicherry ? Śliczne kolamy na chodnikach, czyli rysunki sypane codziennie przez kobiety. Używają do tego mąki ryżowej i kolorowych proszków. Kolamy popularne są na południu Indii, głównie w Tamilnadu. Znikają z biegiem dnia, aby następnego ranka było miejsce na nowy świeży wzór.

Pondicherry

Wierzy się, że służą one pomyślności domostwa. Często wzory są labiryntowe, to znaczy początek łączy się z końcem. Labirynt ten ma uwięzić złe duchy, które chciałyby nawiedzić dom.

Pondicherry

Jedna kobieta powiedziała mi też, że kolamy sypane są też po to by nakarmić zwierzęta, jak insekty czy ptaki, które mąkę ryżową po prostu zjedzą. W ten sposób mieszkańcy zyskują przychylność bogów, np. bogini Lakszmi.

Pondicherry

Auroville – miasto uniwersalnej jedności

Jest jeszcze jedna ciekawostka w Pondicherry, a właściwie zaraz obok Pondicherry. Nie wspomniałam jeszcze o wszechobecnych w mieście aśramach Sri Aurobindo oraz Ammy. Śri Aurobindo (Aurobindo Ghose)  był bengalskim filozofem, poetą, joginem. W początkowym etapie był bengalskim nacjonalistą. Z czasem wycofał się ze swoich politycznych działań i założył aśram w Pondicherry. Jego pomocnicą została urodzona w Paryżu Mirra Alfassa znana później jako Amma, co po tamilsku oznacza Matkę. Razem rozwijali ideę uniwersalnej jedności, pokoju. To właśnie Amma zapoczątkowała budowę miasta ponad wszelkimi podziałami, ponad religiami, ponad różnicami. Miasta, w którym człowiek pochodzący z Afryki czy z Paryża będzie czuć się jak w domu. I tak właśnie powstało Auroville. Miasto, które ma być w pokoju współtworzone i współbudowane przez wszystkich równych sobie ludzi.

Dzisiaj w Auroville mieszka ponad 2 tysiące mieszkańców. Dwie trzecie stanowią obcokrajowcy, jedna trzecia to Indusi. Miasto skoncentrowane jest wokół niesamowitej budowli Matrimandir zaprojektowanej według pomysłu Ammy.

Auroville

Matrimandir jest swego rodzaju świątynią. Wygląda trochę jak statek kosmiczny z innej planety, co niezaprzeczalnie dodaje je magii. Wstęp do niej mają mieszkańcy Auroville oraz osoby, które wcześniej zarejestrowały się. W środku panuje cisza i znajduje się niezwykły kryształ odbijający promienie słoneczne. My zobaczyliśmy Matrimandir jedynie z zewnątrz.

Auroville

Dla zwiedzających udostępnione jest tzw. Visitor`s Center, w którym można dowiedzieć się podstawowych informacji na temat Auroville. Centrum jest bardzo ładnie urządzone, bogate w tablice informacyjne i eleganckie sklepy z produktami wytwarzanymi w Auroville. Ceny są wysokie ale od razu widać, że rzeczy są wysokiej jakości.

Auroville

Auroville stara się być miastem samowystarczalnym w produkcji żywności. Korzysta też z paneli słonecznych i innych sposobów pozyskania energii. Zatrudnia do pomocy mieszkańców pobliskich wiosek. Ma fundację, która zarządza terenem. Żyje z dotacji indywidualnych oraz rządowych, sprzedaży rękodzieła oraz produktów spożywczych, wynajmu guesthousów, prowadzenia kursów. Auroville ma też własny uniwersytet, do którego można się zgłaszać. Można też zostać wolontariuszem w Auroville. Jeśli jesteście zainteresowani tematem wejdźcie na stronę www.auroville.org.

My w Auroville spędziliśmy zaledwie kilka godzin, ale zrobiło na nas pozytywne wrażenie. Nie wydało się kolejną religijną sektą, która w imię miłości i uniwersalnych wartości chciałaby wyłudzić pieniądze od zagubionych w świecie owieczek. Wydaje się stać ponad religią. Idea jest bardzo mądra i prosta. Chodzi o to by ludzie z różnych krajów mogli sobie spokojnie żyć w mieście, które wolne jest od podziałów, korporacyjnego pośpiechu i chaosu. Chodzi by ludzie  z uśmiechem i szczęściem budowali coś nowego, wspólnego i coś pięknego. Bo Auroville położone jest w bardzo ładnym miejscu. Widać, że ludzie żyją tam w spokoju i radości. I nawet drzewa się tu przytulają 😉

Auroville

Sri Aurobindo i Matka dawno już nie żyją. Miasto jednak nadal rozwija się, co pokazuje, że są osoby, które wierzą w całą ideę i chcą ją rozwijać.

Nas w Auroville urzekło jeszcze jedno. Samym środkiem miasta wyznaczonym jeszcze przez Ammę, nie jest wcale Matrimandir tylko pewne niezwykłe drzewo. Jest to liczący około stu lat figowiec bengalski, tzw. banian.

Auroville

Z poziomych gałęzi drzewa wyrastają liany, które schodząc do ziemi zakorzeniają się tworząc nowe konary. W ten sposób podtrzymują ogromną koronę drzewa. Banian może mieć nawet do 3 tysięcy takich nowych konarów. Korona może pokrywać teren o średnicy 500 metrów. Drzewo pochodzi z Indii i Pakistanu. Okazały gatunek znajduje się w Kalkucie, ma on 2880 konarów!!!  Banian jest świętym drzewem w hinduizmie. Na południu Indii uznawany jest za siedzibę Śiwy.

Auroville

Takie cuda, ciekawostki i przyjemnostki spotkały nas w Pondicherry. Spędziliśmy tu pięć dni. Zjedliśmy lody, pizzę i croissanta. Odpoczęliśmy, wyspaliśmy się i jesteśmy gotowi na dalszy etap naszej podróży. A będzie nie byle jaki. Jedziemy do Maduraju w Tamilnadu, z którego będziemy dobę jechać pociągiem do Hyderabadu w Indiach centralnych. Chcemy skosztować tam Hyderabadi Bryani. Potem przejedziemy do najświętszego miasta Indii, czyli do Varanasi nad Gangesem. Odwiedzimy Sarnath, czyli miejsce pierwszego wykładu Buddy. Potem przejedziemy do Khajuraho zobaczyć świątynie pokryte erotycznymi rzeźbami . Następnie odwiedzimy jeden z cudów świata, Taj Mahal w Agrze. Po czym pojedziemy pod granice z Pakistanem, do Amritsaru ukłonić się dostojnym sikhom w ich przepięknej Złotej Świątyni w Amritsarze. Przejedziemy ponad 4 tysiące kilometrów. Taka nas czeka podróż. Relacje pisać będziemy w pociągach, jeśli znajdziemy czas pomiędzy interesującymi spotkaniami i rozmowami, które zawsze przytrafiają się w podróży. Do usłyszenia już po drugiej stronie Indii.

Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterPin on Pinterest0