Szukając nie wiadomo czego w Kodaikanal

Podróże uczą. Tak mawiają. I mają rację, Ci którzy tak mówią. Ostatnio dostaliśmy małą lekcję pod tytułem „nie nastawiaj się na coś, bo rzeczywistość może okazać się inna niż się tego spodziewałeś”. Myślę, że jest to życiowa maksyma, którą dobrze jest stosować nie tylko w podróży, ale i na co dzień.

Już w pierwszych tygodniach naszej wyprawy usłyszeliśmy hasło: Kodai. Kodai to skrócona nazwa miasta Kodaikanal położonego w górach, w Ghatach Zachodnich w Tamilnadu, czyli na południowym koniuszku Indii. Kodai znajduje się na wysokości 2100 m.n.p.m. , czyli jak możecie się domyślać panuje tam dużo chłodniejszy klimat od typowego dla Indii skwaru. Kodai znane jest z pięknych widoków i leśnej, wyluzowanej atmosfery, która przyciąga backpackersów zmęczonych indyjskim chaosem. Kodai polecali nam dobrzy znajomi, których poznaliśmy na wolontariacie na Goa jeszcze w listopadzie. I tak nam wychwalili miejscówkę, że stała się pewnego rodzaju celem naszej podróży na południu Indii. Na dodatek okazało się, że tam właśnie w tamilskich górach szykował się festiwal transowy. Jedziemy !

Na kilka dni przed naszym przyjazdem okazało się, że ze względu na Pongal, czyli takie powiedzmy tamilskie dożynki, festiwal został przeniesiony na 14 dni później. W tym czasie my już będziemy śmigać po ghatach nad Gangesem w Varanasi. I tu pojawił się pierwszy zawód… No trudno, pomyśleliśmy. Jedziemy i tak!

Podróż zaczęła się niesamowitymi widokami przy wyjeździe z Munnaru w Kerali, o którym możecie poczytać w poprzednim wpisie Herbaciane królestwo Munnaru.

W Drodze do Kodaikanal

Podróż lokalnym autobusem – atrakcje w cenie

Jak przystało na backpackersów wybraliśmy oczywiście najtańszą opcję transportu, czyli lokalne autobusy. Czekały nas dwie przesiadki, co oznacza trzy razy walkę o miejsce w autobusie. Podróż zajęła nam jakieś 7 godzin i kosztowała nas 254 rupie, czyli około 15 złotych na dwie osoby. 7,5 złotego za siedem godzin jazdy. Cena dobra.

W drodze do Kodaikanal

Lubimy lokalne środki transportu ze względu na niskie ceny i ze względu na przygody, które nam się w nich przytrafiają. I tak np. jadąc jeszcze przez plantacje herbaty, w pewnym momencie do autobusu wskoczył sprzedawca pomarańczy.

W drodze do Kodai

Okazało się, że jedziemy przez sady pomarańczowe. Jeden kilogram kosztował 20 rupii, czyli 1,2 zł. Po chwili cały autobus pachniał pomarańczami. To było w pierwszej części podróży.

W drugim autobusie przysiedli się do nas tamilscy chłopcy. Tu pojawiła się bariera językowa. Oni po angielsku mówili tyle, co ja po tamilsku. A to akurat oznacza, że coś tam wiedzieli. Pewnie nie wiecie, ale zdarzyło mi się kiedyś studiować język tamilski na indologii. Taki kiedyś miałam śmieszny pomysł na siebie. Było to dawno, więc wszystko z głowy wyleciało, ale dowiedzieliśmy się od nowych kompanów podróży, że pewna pani minister wypuściła na rynek wodę mineralną, która kosztuje połowę mniej inne. Mhmmmm, pokiwaliśmy głowami z aprobatą. Bardzo przydatna informacja.

Kodaikanal

W trzecim, bardzo zatłoczonym autobusie, poznaliśmy grupę chłopaków z Madrasu. Wybrali się na weekend do Kodaikanal by, mówiąc w skrócie, napalić się gandzi ile wlezie.

Kiepskie powitanie w Kodaikanal

Ok, wydawało się, że nasze madraskie chłopaki ogarniają temat, więc podczepiliśmy się do nich. Mówili, że w Kodai są nie pierwszy raz. Jak tylko wysiedliśmy z autobusu okazało się, że wiedzą niewiele więcej niż my. Ale spokojnie czekaliśmy na przebieg sytuacji. Jak przystało na indyjskiego turystę, jeden z nich zadzwonił do agenta, który miał znaleźć im pokój. Po 20 minutach czekania na zimnie (było ok. 12 stopni, a przyjechaliśmy z upałów) przyjechał kierowca. Cała nasza siódemka (ich było pięciu) + kierowca wpakowała się do samochodu tylko po to by przejechać jakieś 200 metrów pod hotel…. Indusi nie lubią chodzić. Oni jeżdżą rikszą, skuterem/motorem. Chodzenie jest dla nich chyba zbędną czynnością, stratą czasu, który można poświęcić przecież na coś innego. Na przykład na czekanie…

Ale ok. Jesteśmy w hotelu. Miał być tani. Było nam zimno i byliśmy zmęczeni. Było już ciemno i okolica nie wyglądała zachęcająco. Okazało się, że pokój kosztuje 600 rupii… To najdroższa cena podczas naszej całej podróży. Tyle samo płaciliśmy za wynajem pięknego domu z kuchnią w Kerali, a tutaj mieliśmy pokój obrośnięty grzybem.

Wyszliśmy szukać czegoś innego, ale nie znaleźliśmy nic tańszego. Wróciliśmy z postanowieniem przespania tu jednej nocy. Następnego dnia znajdziemy coś lepszego.

Takie było nasze powitanie w Kodai, na które czekaliśmy od dwóch miesięcy. Słabo…. ale poczekajmy do rana.

Nadzieja leży w Vattakanal

Wszyscy mówili nam żebyśmy zatrzymali się w Vattakanal, wiosce oddalonej 3 km od Kodai. Tam ponoć miał czekać na nas raj w hipisowskim stylu. Góry, chmury i te sprawy. Ok, idziemy. Bez bagażu. Spacerkiem.

Vattakanal

Widoki zdecydowanie polepszyły się. Chmury chwilami odpuszczały i pokazywały skrawki gór. Opuściliśmy gwarne i niestety po prostu brudne Kodaikanal.  Po drodze minął nas uśmiechnięty od ucha do ucha starszy hindus w dredach. Będzie dobrze-pomyśleliśmy.

Raj hipisów, czy dobry biznes turystyczny ?

Doszliśmy do Vattakanal. Zaczęliśmy rozpytywać o pokoje. Spotykaliśmy grupy Izraelczyków. Okazało się, że wszyscy w Vatta (skrót od Vattakanal) wynajmują wspólnie  pokoje w domach. Guesthousy jeszcze tu nie powstały. Gdy zaczęliśmy pytać o ceny zatkało nas. Pokoje były tak drogie jak jeszcze nigdzie w Indiach. A na dodatek były najgorsze jakie do tej pory widzieliśmy. Łóżko, stary koc i tyle. Brudno, ciemno i często bez bieżącej wody. Ale są uśmiechnięci ludzie. Ale te ceny.. ale są ludzie. Uśmiechają się. Musi być fajnie. Zostajemy.

Spotkanie na końcu świata

Okazało się, że znaleźć pokój, a właściwie łóżko w Vatta nie jest takie proste. Wszystko jest zajęte albo tak drogie, że nie ma mowy byśmy tam zostali. Ale, ale….są jeszcze zbiegi okoliczności, które przytrafiają się w najmniej oczekiwanych momentach. Weszliśmy do przypadkowego pokoju pytając o miejsce, a tam wyskakuje dziewczyna i zagaduje nas po polsku. Okazało się, że była to Agnieszka, którą spotkałam kiedyś w Warszawie i której malowałam hennę. Hahahahahaha. Śmiechu nie było dość. Takie spotkanie! Oczywiście i teraz nie zabrakło hennowej sesji. I tutaj drugi raz napiszę, że pewnie część z Was nie wie, ale na co dzień zajmuję się mehendi, czyli indyjską sztuką zdobienia ciała henną. Moje prace możecie zobaczyć na stronie www.mehendi.pl.

Vattakanal

W grupie zawsze raźniej i prościej

Idziemy razem z Agnieszką na czaj. Rozmawiamy, a tu nagle dosiedli się do nas dwaj indyjscy znajomi Agi, którzy okazało się, że też szukają lokum, bo ich pokój po prostu śmierdział grzybem i kosztował krocie. Ok, to szukamy razem. Była nas już czwórka, więc będzie nam prościej coś znaleźć. I teraz poszło już z górki. Raz dwa i mamy. Pokój w domu z super uśmiechniętą międzynarodową ekipą.

Vattakanal

Izrael, Francja, Szwecja, Etiopia, Włochy i my. Polska i Indie. Pokój nasz był……. hmmmm, powiedzmy że znośny. Płaciliśmy za niego 1200 rupii / 300 rupii za osobę. Czyli jak dla nas, super dużo za pokój bez bieżącej wody. Ale jest klimat , jesteśmy zadowoleni.

Vattakanal

Teraz czekała nas kolejna misja, czyli powrót do Kodai po nasze plecaki i powrót z nim znowu do Vatta. Wyzwania, wyzwania ale powiem Wam, że poszło prościej niż się spodziewaliśmy. Chociaż po drodze jeszcze zdążyliśmy stracić trochę nerwów przez sklepikarza, który perfidnie nas okantował. Ale ok, ok. Są uśmiechnięci ludzie, będzie dobrze.

Nieśmiertelny Bob Marley

Trafiliśmy na super ludzi, muzyków którzy zagrali niesamowite jam session. W grupie trafił się nawet rodowity Jamajczyk, który przyleciał do Indii, by zagrać koncert w Pondicherry i jakimś cudem wylądował akurat w naszym domu. Tamtej nocy siedzieliśmy do rana. Królował oczywiście Bob Marley, bębny, didgeridoo. Było magicznie. Grupa przypadkowych osób, która w większości poznała się tego samego dnia i zebrała się w jednym pokoju by było cieplej i przyjemniej. I było. W pokoju unosił się dym pozytywnej energii.

Rowerowi piraci, strzelanie do balonów, gaury i kukurydza

Następnego ranka wybraliśmy się na spacer w nadziei by coś zobaczyć. Zobaczyliśmy masę chmur, co nie powiem, ma też swój urok.

Vattakanal

Wybraliśmy się też na punkt widokowy, tzw. Dolphin Nose.

Vattakanal

Góry za nic nie chciały nam się pokazać. Próbowaliśmy złapać je o wschodzie słońca. I troszkę nam się udało.

Vattakanal

Pokazały nam się też inne ciekawostki…

Vattakanal

Jest to gaur, czyli taki wielki wół występujący w Azji Południowo-Wschodniej. Jak widać dotarł do Kodai.

Z innych atrakcji, które czekają turystów w Kodai to jezioro w środku miasta pełne szalonych hindusów pływających szalonymi rowerami wodnymi. Zdarzyło nam się być zaatakowanym przez grupę takich rowerowych piratów. Wpadali na siebie, wieszali się na gałęziach drzew niczym makaki, przekrzykiwali. Jakimś cudem nie powpadali do jeziora.

Kodaikanal

Jeśli i to nie zadowoli turystów, można zawsze postrzelać w baloniki, pojeździć na koniach lub rowerach wokół jeziora. Albo zjeść kukurydzę z ogniska. Atrakcji w indyjskich miastach nie brakuje. Zawsze można poczuć się jak prawdziwy gwiazdor.

Kodaikanal

 

Wszystko co się dzieje, dzieje się po coś

No, dobrze. Bez złośliwości. Kodai po prostu nie jest zbyt ciekawym miejscem, co jakoś nas zabolało, bo … bo co ? Bo ktoś nam powiedział, że jest super. A dla nas wcale nie było takie super. Chociaż, rzeczywiście spotkaliśmy świetnych ludzi, z którymi na pewno zostaniemy w kontakcie.

Vattakanal

I co jeszcze ? Ponieważ wyjechaliśmy z Kodai dużo wcześniej niż planowaliśmy, to pojechaliśmy do kilku miejsc, których w ogóle nie mieliśmy w planie – kilku tamilskich świątynnych miast oraz do Pondicherry, o których napiszemy w następnych postach. I wiecie, co ? Bardzo dobrze się stało, jak się stało. I tyle chciałam przekazać w tym tekście. Nie zawsze chodzi by zobaczyć nie wiadomo co ciekawego, zwiedzić pałace, czy podziwiać piękne widoki. Czasem są chmury, czasem jest brudno i śmierdzi, czasem wkurzają Cię ludzie. Czasem ma się czegoś dość i chce się jechać dalej. I wszystko to dzieje się po coś. Nam coś się nie spodobało, żebyśmy mieli szansę zobaczyć coś innego.

Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterPin on Pinterest0